top of page
sympozjum Polek w Irlandii

Sympozjum Polek w Irlandii

List Wioletty Grzegorzewskiej do Polek w Irlandii

  • Zdjęcie autora: Urszula Bąkowska
    Urszula Bąkowska
  • 6 dni temu
  • 10 minut(y) czytania

3 grudnia 2025, Lewes


Drogie Polki w Irlandii, 


piszę do Was z wdzięcznością i podziękowaniami za piękną nagrodę, którą przyznałyście mi na I Sympozjum Polek, Kobiet mieszkających Irlandii, ale przede wszystkim za wspólnotę kobiecego doświadczenia. Wierzę, że nasze historie tworzą przestrzeń wolności. Dlatego dzielę się swoją drogą, bo może któraś z Was w tym się odnajdzie.


Urodziłam się w małej wsi położonej przy gierkówce, na skraju Jury. Na zdjęciu z przedszkola mam brudne ręce i paznokcie, bo od najmłodszych lat pomagam w gospodarstwie: plewię grządki, zbieram stonkę do wiadra, karmię króliki. Mama wozi mnie do lekarzy okazją. Jedziemy do kliniki kardiologicznej w Zabrzu. Nie pamiętam, co mi jest, ale lubię iść z nią na autostradę, jechać tirem i oglądać kołyszące się proporczyki. Po badaniach, w trakcie których oplatają mnie kolorowymi kablami, okazuje się, że nie mam wady serca, ale coś jest na rzeczy. Może nerwica? Mama poi mnie kroplami kardiamidu, bo wpadam w szał, mam ataki paniki. 


Coś zaczęło się we mnie zmieniać dopiero w ogólniaku. Wtedy powoli zaczęłam mówić własnym głosem. Egzamin wstępny do tej szkoły był trudny. Na ponad dwadzieścia pięć dziewczyn, dostało się tylko trzech chłopaków. Nie chodziło o to, że chłopcy gorzej się uczyli. Większość z mojego regionu musiała wybrać szkoły zawodowe i technikum, by szybko zdobyć pracę i pomóc rodzinie. W gronie dziewczyn poczułam się pewniej, łatwiej było wypowiadać się bez ryzyka, że ktoś wyśmieje, dokuczy, jak robili nam w podstawówce chłopcy. Patronką mojego liceum była Maria Skłodowska-Curie. Co roku musiałyśmy przygotowywać przedstawienie, wystawiane pod cokołem z jej popiersiem. 


Chyba ze względu na podobieństwo fizyczne dostałam główną rolę i – chcąc nie chcąc – utożsamiłam się z Marią, a kiedy czytałam jej wspomnienia, nabrałam odwagi. Stojąc przed publicznością w sali gimnastycznej, powtarzałam jej słowa i chyba tak nimi nasiąkłam, że postanowiłam się zgłosić do samorządu klasowego. Urządziliśmy w klasie głosowanie, wrzucając karteczki do słoika po ogórkach. Przegrałam z wygadanym chłopakiem i zostałam jego zastępczynią, jednak wtedy też na niewiele spraw miałam wpływ. Wychowawczyni zlecała mi organizowanie poczęstunków na różne okazje, robienie wystaw w gablocie czy wycinanie liter z kartonu. 


Nawet w gronie zdominowanym przez dziewczyny rządzili koledzy, bo nauczyciele i dyrektor szkoły liczyli się bardziej z ich zdaniem. To oni decydowali, kiedy urządzimy dyskotekę, gdzie pojedziemy na wycieczkę i jaki film będziemy oglądać na świetlicy. Musiałam więc oglądać filmy sensacyjne z niezniszczalnymi męskimi bohaterami.


W pamięć wryła mi się scena z tamtych lat. Byłam wtedy w pierwszej klasie. Kilka godzin nosiłam w wiadrach węgiel i mówiąc językiem babci, „przerwałam się”. Następnego dnia rozbolał mnie brzuch, dostałam miesiączki, a profesor od chemii, srogi i wymagający, akurat wtedy postanowił mnie przepytać i kazał stanąć pod układem okresowym pierwiastków, który wisiał obok tablicy. Byłam świetnie przygotowana, bo przecież moja patronka, Maria, mnie inspirowała, to ona odkryła nowe pierwiastki, polon i rad, o których się uczyliśmy, ale w tamtej chwili głos zamarł mi w gardle. 


Poczułam, jak przesiąka mi najpierw wata, a potem spodnie. Obwiązałam się swetrem, coś bąknęłam i dostałam tróję na szynach. To dziś może brzmieć zabawnie: stojąc z okresem pod układem okresowym, ale wtedy bardzo to przeżyłam. Na długiej przerwie podszedł do mnie kolega.

– A co myślałaś – powiedział, podając mi chusteczkę – że Kuzior da ci piątkę za ładne oczy?

Zamiast coś złośliwie mu odparować, zamilkłam. Miesiączka była wtedy wstydliwym tematem. Jeśli któraś z nas dostała okres, to mówiłyśmy, że przyjechała do niej ciotka z Ameryki. Nie policzę, ile klasówek zawaliłam w czasie miesiączki. 


W ogólniaku była stara gwardia belfrów, którzy uczyli jeszcze moje dwie ciocie. Zdarzało im się cytować teksty dawnych pisarek emancypacyjnych, jak Orzeszkowa czy Konopnicka, ale żadnemu z nich słowa takie jak emancypacja czy feminizm nie przeszłyby przez gardło, choć przecież wyznawali ideały socjalizmu, który mówił o równości, ale – jak się szybko okazało – te szczytne idee nie odnosiły się do wszystkich, bo byli równi i równiejsi. Paski z wypłatą inne dla robotnic, a inne dla robotników. 


Moja mama ciężko pracowała w brygadzie murarskiej przy budowie ośrodka zdrowia, szkół, mleczarni, domu towarowego czy wiat przystanków, ale dostawała za to mniej niż koledzy z pracy, a na pocieszenie – rajstopy lub goździka w Dniu Kobiet. Droższe gerbery były dla żony kierownika. Niektóre kobiety zostały dopuszczone do władzy, ale to była tylko gra pozorów. W całym długim PRL-u nie było sekretarzycy partii robotniczej. 


Moja szkoła średnia była opresyjna wobec dziewcząt. Jeśli któraś z uczennic pomalowała sobie paznokcie i jakiś nauczyciel to zauważył, musiała zetrzeć lakier szczotką ryżową, co było przemocą fizyczną, wręcz maltretowaniem. Za pomalowanie rzęs tuszem można było wylecieć z klasy lub trafić na dywanik do dyrektora. Nigdy nie zapomnę tego terroru. 


W trzeciej klasie gruchnęła wieść, że nasza piękna i cicha koleżanka jest w ciąży. To było dla nas, w środowisku katolickim, gdy religia wróciła do szkół a krzyże zawisły nad tablicą, nie do uwierzenia – że ciąża przed maturą. Rządziły zabobony. Niektóre z uczennic nie chciały, nawet przypadkiem, dotykać zeszytów Izy, żeby też nie zajść, jakby ciąża była chorobą zakaźną. Nauczyciele, mam tu na myśli głównie mężczyzn, bardzo ją szykanowali. Bez przerwy dogadywali jej na lekcjach i poniżali, a my jej nie pomogłyśmy, zbyłyśmy to milczeniem i nie stanęłyśmy w jej obronie.


Poczułyśmy się może od niej nawet lepsze, bo my to nie! Bo my byłyśmy grzeczne, mądrzejsze, bardziej moralne i wróciłyśmy po dyskotece prosto do domu. Tak właśnie działa patriarchat. Jak zauważyła w Drugiej płci Simone de Beauvoir, system w podstępnym procesie wychowania czyni cię kobietą, jednostką inną, zamkniętą w getcie swojej płci, przez to łatwą do manipulacji i gorszą. W ciąży możesz być wtedy, kiedy ci na to pozwoli społeczność, w której żyjesz, gdy pobłogosławią cię rodzice, zaprowadzą do księdza i ogłoszą zapowiedzi, a potem na specjalnym kursie przedmałżeńskim nauczą cię, jak wyznaczyć w kalendarzyku, kiedy możesz zajść. Iza tego poniżania w szkole nie wytrzymała, nie przystąpiła do matury. 


W roku 1995 dostałam się na studia polonistyczne. W nowym środowisku głos jeszcze bardziej uwiązł mi w gardle. Byłam nieśmiała i choć wcale nie mniej oczytana, niż niektórzy inni studenci, to nie potrafiłam się odnaleźć wśród rozgadanych i pewnych siebie studentów z miasta. Tak się złożyło, że nie dostałam akademika i po krótkim pobycie w hotelu robotniczym, przeprowadziłam się do sióstr zakonu Serca Jezusowego. Ich przybytek znajdował się przy ulicy świętej Barbary w Częstochowie. Czynsz za pokój na poddaszu był tam niski, bo część mogłam odpracować. Zamiatałam korytarze, myłam refektarz, zeskrobywałam wosk z konfesjonału w kaplicy, pucowałam octem lodówki i podłogi. W gronie mniszek straciłam głos. Nie przyjęłam ślubów milczenia, ale nie miałam z nimi wspólnych tematów. Czułam się w zakonie jak na bezludnej wyspie. Zamknięta w pokoiku na poddaszu postanowiłam w każdej wolnej chwili się uczyć. Rok później dostałam stypendium naukowe i miejsce na piętrowym łóżku w akademiku.

  

Świadomą feministką stawałam się powoli, ale droga do tego prowadziła przez czytanie. Na zajęciach z literatury francuskiej omawialiśmy prozę takich pisarek jak Colette, na poetyce Świrszczyńską z tomu Jestem baba, która, jak na swoje czasy, była naprawdę bardzo feministyczna: „Przeciw mnie są wszystkie cywilizacje świata, wszystkie święte księgi ludzkości pisane przez mistycznych aniołów wymownym piórem z błyskawicy. Dziesięciu Mahometów w dziesięciu wytwornie omszałych językach grozi mi potępieniem na ziemi i w wiecznym niebie. Przeciw mnie jest moje własne serce. Tresowane przez tysiąclecia w okrutnej cnocie ofiary.” 


Potem wykładowczyni poleciła wstrząsający notatnik Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Poetka opisywała w nim swój pobyt w manchesterskiej klinice radiologii, gdzie pod koniec wojny umierała na raka macicy. Zaczęłam sobie wtedy zdawać sprawę, jak ważne jest takie pisarstwo, w którym kobiety dzielą się osobistym i nawet intymnym doświadczeniem, że przy okazji ich głos nabiera znaczenia, staje się słyszalny i ma wpływ na rzeczywistość, dodaje innym kobietom odwagi. 


Jeszcze wtedy nie czułam, że mówię własnym głosem, ale w dyskusji potrafiłam już wyrażać własne zdanie. Po raz pierwszy sprzeciwiłam się czemuś ważnemu. Na uczelni był taki ekscentryczny profesor, który upokarzał i molestował dziewczyny. Wszyscy to akceptowali, ale ja, razem z koleżanką, się postawiłam. Ryzykując wyrzucenie z uczelni, przestałyśmy chodzić na jego wykłady i jeździć na wycieczki do lasu, gdzie pokazywał, w jaki sposób kobiety, jego zdaniem gorszy gatunek, mają dorównać mężczyznom i sikać na stojąco. Próbowałyśmy wtedy napisać list do rektora, zbierałyśmy podpisy, ale nas uciszyli i nikt nie chciał nam pomóc, bo – jak tłumaczyli – uczelnia potrzebowała profesora zwyczajnego, inaczej mogła zostać zamknięta. Nie wiem, czy to była prawda, a może w ten sposób nas zbyli. 


Już wtedy zaczynało do mnie docierać, że feminizm jest rewolucją korzystną dla wszystkich, bo uwolni też mężczyzn od konieczności odgrywania ról, które nie zawsze im pasują. Czułam, że jeśli będziemy zamieniać się rolami, to możemy się lepiej porozumieć i rozwinąć pewne dziedziny nauki. W praktyce okazało się, że moje feministyczne ideały nie zawsze się sprawdzały. W patriarchalnym i konserwatywnym społeczeństwie trudno funkcjonować na własnych zasadach. Tam, gdzie proponowałam swoje sprzyjające równości reformy, byłam odrzucana i lekceważona, także przez kobiety! Wiele moich znajomych nie lubiło zmian i łamania zastanego porządku.  

Po licencjacie zaplanowałam sobie idealną karierę, chciałam się dalej uczyć, może nawet zrobić doktorat, ale okres mi się spóźniał. Zrobiłam test i byłam w szoku, widząc dwie wyraźne kreski. Na początku się załamałam. Ja wpadłam? Ja? Niemożliwe! Wiedziałam, że z powodu ciąży będę zmuszona przejść na indywidualny tok nauczania, a potem uczyć się do egzaminów z dzieckiem przy piersi.


Poszłam do studenckiej Poradni K – na pewno niektóre z Pań pamiętają takie poradnie? Kiedyś były takie państwowe bardzo pożyteczne miejsca. Młody ginekolog mnie zbadał i, widząc moją niewyraźną minę, postanowił ratować. Zaproponował ściszonym głosem tabletkę wczesnoporonną. Wtedy lekarze nie podpisywali klauzuli sumienia. Wypadłam z tego gabinetu jak oparzona. Nie chciałam aborcji. Byłam tego pewna na sto procent. Chciałam zostać matką i urodzić dziecko, ale już niekoniecznie wyjść za mąż. Byłam zła, że system mnie w takiej sytuacji udupia. 


Od wydania Drugiej płci Simone de Beauvoir minęło już ponad pół wieku, a większość z tego, co napisała, okazywało się wciąż aktualne. Żeby zostać matką i przetrwać w społeczeństwie, musiałam wyjść za mąż, a jeszcze nie chciałam mieć męża. Byłam gotowa urodzić, opiekować się dzieckiem, ale niekoniecznie chciałam być czyjąś żoną. Nie znałam dobrze mojego chłopaka, którego spotkałam siedem miesięcy wcześniej w klubie poetyckim. Czułam, że jeszcze mu nie ufam, bo na imprezie z okazji półmetka na studiach zauważyłam, że on nie wylewa za kołnierz, ale w końcu – pod naciskiem mamy, koleżanek, babci, przyszłej teściowej – dałam się namówić na ślub. 


Potem się poddałam i żyłam jakby obok siebie, obserwując rosnący brzuch. Mama kupiła mi używaną bufiastą suknię ślubną od sąsiadki. Jak to ktoś zabawnie nazwał, oglądając moje zdjęcie: wcisnęli mnie w bezę. W trakcie pierwszych miesięcy ciąży prowadziłam normalne życie. Chodziłam do kina, teatru, na spotkania literackie, uczyłam się. Jeśli można nazwać normalnym życiem spanie za szafą w akademiku. 


Na początku system uczelniany udawał, że wspiera młode matki. Dostałam tak zwany pokój małżeński w domu studenckim „Skrzat”. Moja siostra straciła naglę kąt, który wynajmowała. Przyjęliśmy ją tam, rozdzielając pokój szafą na pół. Nadszedł luty 1997 roku. Byłam w siódmym miesiącu ciąży. Wracałam z zajęć na uczelni, stanęłam na oblodzonym kawałku ścieżki i nagle się poślizgnęłam. Był zmierzch, nikt nie przechodził, a ja nie mogłam się sama podnieść. Leżałam na chodniku jakieś dwadzieścia minut. Zmarzłam na kość. W ciągu tego krótkiego czasu wydawało mi się, że upłynęły trzy godziny, w których określał się mój dalszy los. 


W końcu jacyś przechodnie podbiegli i pomogli mi wstać. Wróciłam do domu. Dwa dni później dostałam gorączki. Mąż zawiózł mnie do teściów, bo musiał wyjechać. Okłady z roztworu octu, pyralgina, zanurzanie w wannie z chłodną wodą – nic nie pomogło. Temperatury nie udało się zbić. Zapalenie płuc. Szpital. Ledwo przeżyłam. Dostawałam zastrzyki i kroplówki. Musiałam leżeć w pieluchach, bo przy silnym kaszlu nie trzymałam moczu. 


Na szpitalnym łóżku zaczęłam bardzo kochać dziecko, które się we mnie rozwijało, chciałam je chronić i ocalić. Bałam się, że poronię. Mąż jakby o mnie zapomniał. Chyba skorzystał z okazji, że jestem w szpitalu, i bawił się z kolegami. Odwiedzała mnie tylko siostra, która przynosiła kanapki i przekazywała w słoiku rosół od mamy. Mamie, która nie lubiła wyjeżdżać poza swoją wieś, łatwiej było wspierać mnie rosołem. Po czterech tygodniach wyzdrowiałam. Wróciłam do wynajętego mieszkania. Zima minęła, a ja donosiłam synka. 


Wiosną był ciężki poród. Przedwczesne odklejenie łożyska, krwotok. Straciłam przytomność, a kiedy się ocknęłam lekarz krzyczał na cały szpital: „Ona schodzi! Trzeba jej ogolić cipę! Wołajcie anestezjologa”. Zrobili mi cesarkę. 


Kiedy się wychodziło z porodówki, to kobiety krzyczały na pożegnanie: „Tylko nie zostaw tu przypadkiem jakiejś rzeczy, bo szybko wrócisz”.


Prałam pieluchy tetrowe w brodziku, bo nie było jeszcze jednorazówek, a może już były, tylko mnie nie było na nie stać. Po nocach pisałam pracę magisterską. Przy dziecku odczuwałam trudny do opisania rodzaj szczęścia. Odkryłam, że macierzyństwo bywa ciężkie, ale też rozwija mnie jako kobietę. Nawet niechętna macierzyństwu Simone de Beauvoir twierdziła, że jeśli okoliczności nie są szczególnie niesprzyjające, dziecko wzbogaca życie matki. Tak było ze mną. Mały człowiek się przy mnie rozwijał, obserwowałam, jak wypowiada pierwsze słowa i nazywa nimi świat. Świat powstawał na nowo. Może chodzi o to, że ja przy okazji dorastałam do świata, a dzięki macierzyństwu rosła moja empatia.


Pamiętam, że chciałam pisać, pracować jako dziennikarka, opisywać losy zwykłych ludzi, iść na turniej jednego wiersza, ale nie miałam z kim zostawić malucha. Ale się nie poddawałam. Literatura stała się z czasem moim antidotum i całym moim światem, pisanie trzymało mnie na powierzchni. Dziesięć lat później urodziłam córkę, ale byłam już wtedy w Wielkiej Brytanii. Napomknę tylko, że wychowywanie córki, z wielu powodów, poszło mi trudniej. 


Długo mogłabym tak opowiadać, ale wzywają mnie obowiązki, pranie trzeba powiesić, wyprowadzić psa, zrobić kolację, przekazuję więc teraz Wam pałeczkę. Wy opowiadajcie dalej w swoim nowym piśmie Portrety Emigracji, dzielcie się swoimi poglądami i swoim doświadczeniem i niech los będzie dla Was łaskawy, szczególnie na emigracji. Trzymajcie się razem i bądźcie wolne, samoswoje, solidarne, gdziekolwiek się znajdziecie. 


Dziękuję, 

Wioletta Grzegorzewska 


O Wiolettcie Grzegorzewskiej


Wioletta Grzegorzewska, ps. „Wioletta Greg” (ur. 9 lutego 1974 w Koziegłowach) – polska pisarka, autorka utworów poetyckich i prozatorskich. Urodziła się w Koziegłowach, dzieciństwo spędziła w Rzeniszowie (województwo śląskie). Kilkanaście lat mieszkała w Częstochowie, gdzie ukończyła filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej (obecnie Uniwersytet Jana Długosza w Częstochowie). W roku 2006 wyjechała do Wielkiej Brytanii, mieszkała w Ryde na wyspie Wight, w East Tilbury nad rozlewiskiem Tamizy oraz w Lewes nad rzeką Ouse. W czasie pandemii koronawirusa od stycznia 2021 do listopada 2021 mieszkała z córką w brytyjskim schronisku dla kobiet w Seaford. Krytycy podkreślają w jej twórczości unikalne połączenie mikronarracji z głębokim wyczuciem pamięci i tożsamości, dzięki czemu jej liryczne obrazy oraz narracje prozatorskie konstruują specyficzną estetykę „płynnej tożsamości”. W twórczości pamięć i trauma odgrywają centralną rolę, a jej wiersze badają, jak doświadczenia jednostkowe i kulturowe splatają się w procesie tworzenia tożsamości, zwłaszcza w kontekście migracji. Proza Grzegorzewskiej wpisuje się w nowy nurt współczesnej literatury wiejskiej, w którym opis przestrzeni, pamięć społeczna i lokalna wspólnota stają się kluczowymi kategoriami, a jej teksty odwołują się do tradycji literackiej pisania o wsi, równocześnie redefiniując ją w kontekście pamięci indywidualnej i przestrzennej Adaptację książki Guguły w 2014 wystawiał białostocki Teatr Dramatyczny im. A. Węgierki. Jej wydany w Wielkiej Brytanii zbiór wierszy Finite Formulae & Theories of Chance znalazł się w 2015 w finale do międzynarodowej nagrody Griffin Poetry Prize[w innych językach] w Kanadzie. Pisarka jest laureatką m.in. Tyskiej Zimy Poetyckiej, Złotej Sowy Polonii w Wiedniu, Nagrody Miasta Częstochowy. Jej książki otrzymały finałowe nominacje m.in. do nagrody im. Jana Michalskiego w Szwajcarii, Nagrody Literackiej „Nike”, Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody Uniwersytetu Warwick dla Książek Kobiet w Tłumaczeniu, Nagrody Amerykańskiego Stowarzyszenia Tłumaczy Literackich[13]. W 2017 jako pierwsza polska pisarka była nominowana do nagrody Bookera, w 2019 przekład jej debiutu Guguły był w finale do nagrody „Prix Pierre-François Caillé[w innych językach] de la traduction” we Francji. W 2022 roku jej powieść Wilcza rzeka otrzymała Nagrodę im. Włady Majewskiej, przyznawaną w Londynie przez Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie za najlepszą książkę roku napisaną przez pisarza mieszkającego poza Polską. Nagrodzona książka zamyka na poły autobiograficzną trylogię o Wioli z Hektarów. Członkini Unii Literackiej oraz Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. (Źródłi: Wikipedia)

Komentarze


bottom of page